Na początku 2018 roku w małej wsi pod Wadowicami, w Izdebniku, odbyły się wybory patrona szkoły podstawowej.

W wyborach patrona wzięło udział 391 osób – 37 nauczycieli i pracowników szkoły, 224 uczniów oraz 130 rodziców.

Kandydatów było pięciu: Tadeusz Kościuszko, Jan II Sobieski ( dostali po 38 głosów), Kornel Makuszyński ( 47 głosów) i Legiony Polskie ( 10 głosów).

Wygrała zmarła 10 lat temu, w 2008 roku Irena Sendlerowa, która w czasie II wojny światowej, przez stworzoną przez siebie sieć ludzi i organizacji, podjęła próbę uratowania z getta warszawskiego   głodujących i zagrożonych dzieci żydowskich, a sama aresztowana i torturowana przez gestapo została niemal cudem uratowana od śmierci.

W Izdebniku oddano na nią 137 głosów, mimo to szkoła nadal nie nosi jej imienia. Wszystko dlatego, że część mieszkańców wsi do protestu w tej sprawie skłonił miejscowy zakonnik, ksiądz Marian Piwko.

Dnia 9 lutego 2018, w swoim obszernym wpisie na facebooku, ksiądz Piwko stwierdził, że Sendlerowa nie zasługuje na zaszczyty i zaapelował do mieszkańców małopolskiej wsi, żeby wybrali ponownie, ale tym razem               „godnego patrona, który dla młodego pokolenia byłby moralnym i patriotycznym przykładem” . „Przedwojenna feministka, dwukrotnie zamężna i dwukrotnie rozwiedziona, działająca  w środowiskach lewicowych i socjalistycznych, areligijna Żydówka – dziś zapewne podlegałaby dekomunizacji”.

Należy przyjąć, że ksiądz Piwko   korzystał  z właśnie opublikowanej w 2017 roku książki Anny Bikont „ Sendlerowa w ukryciu” a być może tylko z relacji prasowych , eksponujących rzekome negatywne oceny pani Ireny zawarte w tej książce.

Jestem z wielkim szacunkiem dla nauczycieli szkoły w Izdebniku, którzy potrafili swoim uczniom a za ich pośrednictwem zapewne rodzicom ukazać postać, która mogłaby i powinna być przykładem bezinteresownej pomocy i zaangażowania społecznego w stosunku do ludzi w potrzebie, a  zwłaszcza dzieci. Działalność taką prowadziła Irena Sendlerowa z wielką pasją, oddaniem i poświęceniem tak w okresie przedwojennym, w czasie okupacji niemieckiej, jak i w opiece społecznej w latach powojennych.

Zapewne nauczyciele w Izdebniku mówili swym uczniom, że oni sami również dzisiaj mogą być „współczesnymi sprawiedliwymi” – pomagając swoim kolegom, sąsiadom czy ludziom starszym. Czyż może być piękniejsza idea edukacyjna i wychowawcza w dzisiejszym skomercjalizowanym świecie i najczęściej obojętnym świecie w stosunku do ludzi w potrzebie.

Wszyscy powołani jesteśmy do czynienia dobra!

Jakie dobro przyniosła książka Anny Bikont?

Zniweczyła szlachetną działalność nauczycieli, jak i wiarę uczniów – dzieci szkoły podstawowej w piękno postaci ewentualnej patronki.

Ale aby to dostrzec trzeba być odpowiedzialnym za słowo pisane i skutki przekazywanych treści w niby to naukowej książce, zawierającej 1000 przypisów, której autorka nie zważa na szkody, które czyni „ maluczkim”.

O ileż piękniejsza jest działalność pani Katarzyny Ludwiniak, polonistki warszawskiego gimnazjum nr 23, które jako pierwsza szkoła w Polsce przyjęło imię Ireny Sendlerowej w 2008 roku.

Pani profesor Ludwiniak  jest współorganizatorem corocznych zlotów szkół im. Ireny Sendlerowej.

Ile w tej działalności jest pięknego, dydaktycznego i wychowawczego oddziaływania, a jakie dobro przynosi książka pani Bikont?

Osobiście miałem zaszczyt znać Panią Irenę przez ostatnie 9 lat Jej życia. Miała wówczas 90 do 98 lat. Mniej więcej dwa razy w roku, bywając na konferencjach medycznych w Warszawie składałem Jej wizytę w skromnym, zakonnym pokoiku przy ul. Sapieżyńskiej 3. A więc odwiedziłem ją ok. 16 razy przyjeżdżając z Krakowa. Nasza wspólna znajoma Lili Pohlmann z Londynu, przedwojenna krakowianka, która Holokaust przeżyła dzięki dobrym i szlachetnym ludziom we Lwowie – przyjeżdżając co roku do Krakowa zawsze leciała przez Warszawę, żeby złożyć uszanowanie Pani Irenie.

Jej mąż, Peter Janson – Smith, rodowity Anglik, był inicjatorem powstania pierwszej książki o Irenie Sendlerowej autorstwa Anny Mieszkowskiej.

Otóż pani Lili, krakowianka, dzisiaj już starsza pani, potrafi w 10 milionowym Londynie organizować doroczne spotkania w Ambasadzie Polskiej poświęcone Pani Irenie, co roku w miejscowej prasie z okazji kolejnych rocznic odejścia zamieszczać klepsydry upamiętniające tę szlachetną postać przemawiać w Parlamencie Brytyjskim i w siedzibie Komisji Europejskiej w Londynie w Europe House.

23 stycznia 2018 roku, podczas otwarcia wystawy poświęconej Pani Irenie był obecny i przemawiał, wśród przedstawicieli Korpusu dyplomatycznego i parlamentu brytyjskiego, wysłannik rządu Wielkiej Brytanii ds. Holokaustu sir    ( obecnie już lord) Eric Pickles.  Przemawiał również ambasador RP w Londynie, prof. Arkady Rzegocki i oczywiście Lili Pohlmann. Ogólnym przesłaniem tej wystawy i towarzyszącego jej otwarciu wydarzenia było – „ we współczesnym świecie -potrzebne są takie wzory do naśladowana jak Irena Sendler, abyśmy mieli siłę  walczyć z niesprawiedliwością”.

Jak mówiła Lili Pohlmann:  Irena Sendler była skromną i wspaniałą osobą, prawdziwym lśniącym klejnotem w koronie człowieczeństwa i Państwa Polskiego. Znać Ją to było największym zaszczytem.

Pani Irena jest patronem fundacji charytatywnej „ Learning from Righteous”        ( Ucząc się od Sprawiedliwych), która przybliża dzieciom w wieku 10-14 lat tematykę Holokaustu poprzez ukazanie inspirujących historii „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”.

W roku Ireny Sendlerowej, honorującym osobę, która z największym poświeceniem działała by ocalić innym życie, organizowane są warsztaty edukacyjne    w brytyjskich szkołach jak i w polskich szkołach sobotnich na terenie Wielkiej Brytanii.

Od przeszło pół roku otrzymuję telefony, listy oraz e maile od moich znajomych z różnych krajów europejskich, USA i Izraela, w tym przedwojennych krakowian, którzy z zażenowaniem pytają mnie dlaczego deprecjonujemy  tak wspaniałe postacie jak Irena Sendlerowa, które były gorejącym światłem w czasach brunatnej pogardy i terroru?

Pani Bikont podkreśla i omalże dumna jest z tego, że nigdy osobiście nie spotkała Ireny Sendlerowej, ale przecież mieszkała wówczas w Warszawie i mogła ją odwiedzić przynosząc kwiaty, które tak lubiła, lub też robiąc zakupy.

Dlaczego tego nie zrobiła? Myślę, że nigdy nie napisałaby takiej książki gdyby poznała ją osobiście w jej jakże skromnych warunkach życia, gdzie odwiedzali ja ambasadorowie oraz premierzy i prezydenci, a także uratowani dzięki jej działalności, skazani na śmierć w imię zbrodniczej ideologii, wówczas najczęściej małe dzieci z warszawskiego getta.

Książka pani Bikont została napisana aby podważyć jej „ nieskazitelność” , z góry zakładając jej rzekomą nieprawdomówność, przypisywanie sobie niezasłużonych zasług oraz wręcz budowanie własnej hagiografii .

A przecież ci, co poznali osobiście Panią Irenę, często pod koniec jej życia kiedy była schorowaną staruszką, wiedzą i pamiętają jaką była skromną osobą, zażenowaną  zainteresowaniem jej działalnością w czasie okupacji niemieckiej , podczas gdy wg niej była tylko nieobojętna na cierpienie drugiego człowieka i robiła to co serce i sumienie jej nakazywało. Nic więcej.

Książka pani Bikont wpisuje się w obecny nurt dyskredytowania zasłużonych dla naszego kraju ludzi, przeciwnych obecnej narracji historycznej.

Ludzi, którym tyle wszyscy zawdzięczamy, z których powinniśmy być dumni i bronić ich dobrego imienia wbrew obecnym politycznym interesom.

Takich jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Balcerowicz, Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski czy Irena Sendlerowa.

A tymczasem pani Bikont jeździ po Polsce na spotkania autorskie, ludzie kupują jej książkę płacąc 40 zł, sądząc że dowiedzą się nieco więcej o tej wspaniałej postaci, niż książki dotychczas o niej napisane. A tymczasem nie dowiadujemy się niczego więcej, poza lekceważącym stosunkiem do „Sendlerowej w ukryciu” tylko dlatego, że nie wszystko się udało autorce znaleźć w archiwach, lub też pani Irena nie o wszystkim mówiła , a zwłaszcza o swym życiu osobistym.

A jak uczył prof. Julian Aleksandrowicz ludzi należy oceniać po tym, co po sobie zostawili, na ile zmienili otaczający świat, uczynili go lepszym, piękniejszym, a my lekarze mówimy, zdrowszym.

Ale ludzi małego ducha z brakiem odpowiedzialności za słowo pisane i następujące skutki niewiele to obchodzi. Ważne, że książka się sprzedaje a pani Bikont otrzymuje apanaże, nagrody i wyróżnienia. I sądzi, że nie ma już przyzwoitych ludzi, którzy znali panią Irenę i którzy staną w obronie Jej dobrego imienia, tym bardziej,  że nie może sama się już bronić.